Szpieg z krainy deszczowców i dziennikarz alkoholik

Szpieg z krainy deszczowców i dziennikarz alkoholik

Powraca kącik filmowy, co ciekawe – zaręczam, że to to zupełny przypadek – ponownie w dwóch odsłonach. Nie James Bond, a George Smiley, nie Ernest Hemingway, a Paul Kemp vel. Hunter S. Thompson będą bohaterami niniejszego ministudium nad współczesną kinematografią. „Szpiega” filmem szpiegowskim nazwać nie mogą fani Bourne`a. To powszechna opinia, ale nie ma nic złego w jej powtarzaniu, ponieważ to szczera prawda. Akcji, typowej dla kina akcji, jest tu niewiele. Jest za to intryga, wielka maskarada i polowanie na kreta. Scenariusz nie jest odkrywczy – robiąc wstępny przegląd obsady, można wydedukować, kto jest zdrajcą. Jednakże film ma coś w sobie i mimo swoich dwóch godzin seans nie boli. Fabuła w skrócie: wśród najważniejszych agentów MI6 znajduje się zdrajca pracujący dla Rosjan. Ludzie giną i nikt nic nie wie. Misja znalezienia kreta zostaje powierzona emerytowanemu asowi wywiadu…

Największym plusem są zdjęcia – nie ma w tym żadnej przesady! Idealne, wysmakowane, niezwykle klimatyczne – rozwodzić się na tym mógłbym się jeszcze długo. Co mnie uderzyło, to scenariusz – wyglądało to mniej więcej tak, jakby chciano przenieść na ekran całe rozdziały książki, na podstawie której powstał film. Doskonale widzimy, kiedy dany rozdział się zaczyna i kończy, niektóre sceny są zbędne – wydaje się, że zostały nakręcone, by efekt był jak najbardziej zgodny z pierwowzorem. Tak też rozgrywa się cała akcja – rozdziałami, opowieść o tym, opowieść o tamtym itd. aż do finału, gdzie wszystkie wątki się łączą. Czasami jedynie dzięki zmieniającym się modelom okularów głównego bohatera, możemy się połapać w jakich czasach aktualnie rozgrywa się akcja. Na uznanie zasługuje natomiast znakomita gra aktorska. Gary Oldman i Colin Firth tworzą świetny duet, choć, by oddać sprawiedliwie stan rzeczy, należy podkreślić, iż to Oldman dzieli i rządzi, a cała magia krąży właśnie wokół jego postaci. Reasumując, film zdobywa więcej plusów niż minusów – wart jest polecenia, wart jest przeczytania książkowego pierwowzoru: powieści Johna Le Carré „Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg”.

Muszę przyznać, że do seansu „Dzienników rumowych” (pierwotnie tak miał brzmieć polski tytuł, moim zdaniem o wiele lepszy niż nietrafione „Dzienniki zakrapianem rumem”, dlatego też będę posługiwał się właśnie nim) podchodziłem z wielką nadzieją, choć poprzedni film nakręcony na podstawie powieści Thompsona niemal zwróciłem wraz ze śniadaniem. Filmy mogą trafiać w gusta lub nie, to całkowicie zrozumiałe, jednak „Fear and Loathing in Las Vegas” tak bardzo irytuje, że nie da się po prostu zaakceptować, że to obraz adresowany do innego odbiorcy. Być może własnie w efekcie, jaki wywołuje, fani upatrują jego wielkość. Ja niczego poza psychopatycznymi, narkotycznymi wizjami niczego tam nie widziałem. „Dzienniki rumowe” miały być inne, do filmu zachęcał doskonały trailer, bardziej przekonywujący, bardziej doświadczony Johnny Depp i przede wszystkim brak Terrego Gilliana na stołku reżysera. Niestety, najwyraźniej nie tylko eks-Python przeszkadzał mi w odbiorze prozy Thompsona bowiem „Dzienniki rumowe” okazały się rozczarowująco słabe – podkreślam – nie trudne w odbiorze, lecz po prostu słabe. Mizerne wyniki osiągane w kinach całego świata tylko to potwierdzają. Nasz bohater, dziennikarz-alkoholik-niespełniony pisarz, przybywa do Portoryko, by odnaleźć swoje powołanie. I tyle. Potem robi rzeczy różne, z których większość nie ma najmniejszego sensu i nie wywołuje żadnego efektu. Pod wpływem właściwie nie wiadomo czego zaczyna przejmować się losem biednych i zamierza poprawić ich byt poprzez ambitne dziennikarstwo. Kemp chce zmienić gazetę, która istnieje, by istnieć, w merytoryczną, wpływową instytucję. Na próżno. W międzyczasie mamy mnóstwo scen przedstawiających alkoholowe lub narkotyczne wizje. Po co? Któż to wie, chyba dlatego, że tak to napisał autor. Sceny wydają się być kopiowane żywcem z książki i nieudolnie przeniesione na ekran. Z żalem wyszliśmy z kina, nie żałowaliśmy Deppa, żal nam było straconego czasu. Najwyraźniej wielki Hunter S. Thompson nie jest dla wszystkich.

Pozdrawiam. Mr. Sandman

 

TAGI:
Zobacz także: