Lata 50. i wielkie gwiazdy, czyli „Mój tydzień z Marilyn”

Lata 50. i wielkie gwiazdy, czyli „Mój tydzień z Marilyn”

Jest wczesna jesień 1956 r. Młodzieniec z dobrego domu, Colin Clark, postanawia wyrwać się spod opiekuńczych skrzydeł bogatych rodziców i zatrudnia się jako trzeci asystent reżysera Laurence’a Oliviera na planie słynnego „Księcia i aktoreczki”. Przeniesiona z desek teatru na duży ekran produkcja ma stać się kasowym hitem, podbić Hollywood oraz sprawić, że Marilyn zostanie zauważona jako poważna i utalentowana aktorka, a nie tylko urocza, ale jednak pośledniej klasy aktoreczka grająca role tancerek. Współpraca przyzwyczajonego do aktorskiego rygoru Oliviera oraz młodziutkiej gwiazdy nie układa się jednak najlepiej. Marilyn Monroe ma trudne do zniesienia kaprysy, zdarza jej się nie zjawiać na planie, odwoływać zdjęcia lub całe dnie spędzać w garderobie. Podczas, gdy ekipa bierze to za przejaw amerykańskiego gwiazdorzenia, Colin obwinia za jej zachowane zagubienie i tęsknotę za domem. Nawiązuje się pomiędzy nimi nić porozumienia. Tak zaczyna się trwająca tydzień przygoda życia młodego chłopaka, którą po latach opublikował pod tytułem „Mój tydzień z Marilyn”. Clark stopniowo zdobywa zaufanie gwiazdy, aż w końcu zaczyna łączyć ich coś znacznie mocniejszego niż fizyczna intymność…

Z zapisków wyłania się zaskakujący obraz aktorki. Choć uważana za seksbombę i kokietkę, w rzeczywistości zupełnie brakowało jej pewności siebie. Wydawała się definiować siebie poprzez kolejnych mężczyzn, z którymi sypiała lub, których w końcu poślubiała, poprzez kolejnych asystentów i trenerów aktorstwa, którzy ostatecznie podporządkowywali sobie Monroe, manipulując nią i czerpiąc siłę z jej bezradności. Marilyn, kobieta, która zdawała się mieć wszystko, była tak naprawdę bardzo nieszczęśliwa, czując się pusta, głupiutka. Wtedy wydymała usteczka i figlarnie mrużyła oczy, pytając: „Czy mam być nią?” Bo tylko w byciu gwiazdą widziała swoją wartość. Colin Clark już na pierwszych stronach swoich wspomnień przyznaje, że ten tydzień był niczym sen:

To jest bajka, interludium, wydarzenie poza czasem i przestrzenią, które jednakowoż naprawdę miało miejsce. (…) Ta książka ma opisać cud – parę dni z mojego życia, w czasie których sen się ziścił, a moją jedyną zasługą było to, że nie zamknąłem oczu.

Tak też powinniśmy traktować opowieść pisarza. Aktorka stanowiła dla niego twór niemal boski, w specyficzny sposób idealny. Sam bohater natomiast, młody Colin, to wzorzec angielskiego młodzieńca i uprzejmego gentelmana, co jeszcze bardziej skłania nas ku myśli, że wspomnienia autora zostały nieco wygładzone, a jego obraz – zręcznie pokolorowany. Nie przeszkadza to nam jednak w odbiorze historii, która nabiera znamion pewnej mityczności. Być może taki jest urok zapisków z lat młodzieńczych – naiwnych, nieco cukierkowych, kiedy małe rzeczy urastały do wielkiej rangi. Mimo tej naiwności opowieści Clarka, czyta się ją dobrze – lekko i przyjemnie, pod warunkiem, że nie potraktujemy wspomnień pisarza jako biografii, a jedynie tekst parabiograficzny.

Bezpośrednio po przeczytaniu książki obejrzałam film o tym samym tytule reżyserii Simona Curtisa. Do produkcji podeszłam z rezerwą – głównie za sprawą odtwórczyni głównej roli, Michelle Williams. Prowincjonalna uroda Williams zupełnie nie pasowała mi do kreacji pełnej wdzięku i niezwykłego seksapilu gwiazdy sprzed paru dekad. Aktorka kojarzyła mi się wciąż z niedojrzałą dziewczyną z „Jeziora marzeń”. Jednak już po kilku minutach filmu Williams przekonała mnie do siebie, figlarnie przygryzając wargę lub mrugając okiem do dziennikarzy. Ba! dostrzegłam przemyślanie skonstruowaną postać, prace nad którą trwać musiały całe miesiące! Okazało się, że Williams jako Monroe jest naprawdę znakomita, a nominacja do Oscara – w pełni zasłużona. W swoim zachwycie wpadła mi do głowy nawet odważna myśl, że pewna prowincjonalność jej wyglądu dodaje całej postaci wiarygodności… Przecież Marilyn Monroe, zanim stała się jedyną w swoim rodzaju marku, była Normą Jeane, przeciętną dziewczyną z fabryki samolotów! W filmie także postać Colina nabiera pełniejszych barw. Z nieco przezroczystego, krystalicznie czystego bohatera staje się fajnym chłopakiem, luzackim angielskim gentelmanem, nieco zbuntowanym dzieckiem z dobrego domu. Zapomina o spotkaniach, podrywa Lucy (postać graną przez znaną z „Harry’ego Pottera” Emmę Watson, która nie ma jednak swojego pierwowzoru w książce), pożąda Marilyn, starając się to nieporadnie ukryć. Do tego świetna gra Kennetha Branagha i Judi Dench. Oraz: atmosfera lat 50., stare samochody, piękne sukienki, rozkloszowane spódnice i ubrani doskonale, z angielska mężczyźni – „Mój tydzień z Marilyn” warto obejrzeć chociażby dlatego. I może nie jest to produkcja doskonała, fabuła nie pociąga i nie trzyma w napięciu, nie skłania nas do zadumy nad życiem. Po projekcji mamy jednak odczucie dobrze (i przyjemnie!) spożytkowanego czasu.

Polecam,
Mrs. Sandman

„Mój tydzień z Marilyn”
Colin Clark
2012 r.
ZNAK
ISBN: 978-83-240-1921-2
oraz
„Mój tydzień z Marilyn”
2011 r.
Reżyseria: Simon Curtis
Scenariusz: Adrian Hodges
Produkcja: USA, Wielka Brytania

Zobacz także: