Klub kolacyjny, czyli czworo ludzi przy stole nie licząc psa

Klub kolacyjny, czyli czworo ludzi przy stole nie licząc psa

Zaproszenie do Klubu Kolacyjnego „Na cztery widelce” spowodowało u nas lawinę pozytywnych emocji. Tak, tak, blog pisany z powodu chęci zaspokojenia popędu literackiego (Uwaga, dygresja. Och czasy te wspaniałe, czasy wypracowań, prac domowych, kartkówek, sprawdzianów ze znajomości lektury, esejów pt. „Coś interesującego” na 4 tys. znaków albo „Wybierzcie kontrowersyjny temat i napiszcie rozprawkę, rozważając wszystkie za i przeciw”  na 2.5 tys.), funkcjonujący w cybernetycznym świecie …

– Hola, hola, jedzenie jest bardzo namacalne – wtrąca Pan Sandman.
– Owszem, jest namacalne, ale po pewnym czasie funkcjonuje jedynie w naszych główkach i na blogu. Ono również przemija, pozostawiając po sobie jedynie cyfrowy zapis w postaci lepszych lub gorszych zdjęć – tonem cierpliwej nauczycielki wyjaśnia Pani Sandman.
– No tak, masz rację – potulnieje Pan Sandman.

… wpływa na nasz rytm dnia, wyciąga z domu, określa na nowo życie towarzyskie. Poznanie Asi z Czterech widelców to kolejna znajomość rozwijana drogą „od sieci do realu”. Od jakiegoś czasu nasze życie jest w tej materii serią zaskakujących niespodzianek. To oraz wrażenie, że się kogoś zna, choć poznało się go przed pięcioma minutami, była jedną z nich. Mówi się o tym, że Internet rozrywa więzy, dzieli rodziny, jest przyczyną rozwodów i moralnego zepsucia tego świata. Możliwe, że u nas wszystko działa na odwrót – rodzina ma się dobrze, życie towarzyskie kwitnie, planów na przyszłość i pomysłów na siebie mamy coraz więcej, moralnie jesteśmy zepsuci jak zawsze, ani krztyny mniej czy więcej. Świadomość, że istnieją ludzie, którzy dzięki sieci i dzięki gotowaniu również mogą się realizować, poznawać, działać, jest kojąca i inspirująca.

Ale, ale… Aby notka nie zmieniła się w serię peanów i apologii napiszemy trochę o jej (genialnym) Klubie Kolacyjnym ;) Asia raz w miesiącu urządza kolację w większym gronie. Zasady są proste: cztery widelce, osoby znane i całkiem nieznajome. Testowanie nowych potraw, rozmowy nad kieliszkiem wina, gry planszowe – tu konfiguracje są już dowolne. Tym też sposobem poznaliśmy również Bena, sympatycznego młodzieńca rodem z Australii, a jeszcze wcześniej rodem z Supraśla. Ben przybył do tej podlaskiej miejscowości w poszukiwaniu korzeni, odkrył starą fabrykę, która kiedyś należała do jego rodziny, zakochał się w Supraślu i zamiast dwóch godzin został tu na miesiąc. W międzyczasie zaś podróżuje sobie po świecie, wdrapuje się do połowy Mount Everestu, je curry w Indiach i przemierza ZSRR, czego mu bardzo zazdrościmy. A gdy nie podróżuje, je steki z kangura i degustuje krokodyle. Byliśmy tak zaaferowani spotkaniem, a także przestawianiem się na angielski (to be or not to be; nie wiedzieć czemu, w naszych główkach wykluła się myśl, że „australijski podróżnik” to ktoś, kto był w Australii, co już stanowiło dla nas nutkę egzotyki), że zapomnieliśmy zrobić zdjęcia pysznej paelli, do której bardzo ciekawym dodatkiem był melon.

Zawsze z utęsknieniem spoglądamy w przeszłość, historia kina, klasyka gatunku, początki rock`n`rolla. Czas lubimy spędzać również staromodnie – gry towarzyskie, planszowe.  Zwykle zamęczamy gości propozycjami gry w kalambury, „kim jestem” itd.  Asia dobrze nas rozszyfrowała, wyciągając Kolejkę, planszówkę przybliżającą czasy PRL-u oraz grę Pędzące Żółwie, które wcale nie pędziły, tylko stroiły sobie żarty. Pozdrawiamy serdecznie naszą gospodynię, podróżnika Bena i Was, drodzy czytelnicy. Bardzo liczymy na Wasze opinie i/lub doświadczenia z Klubami kolacyjnymi. Byliście gośćmi, organizatorami, znacie kogoś, kto był? Pomysł i działanie wydaje się być tak proste, że aż genialne. Nieznajomi sobie ludzie połączeni pasją jedzenia, rozmawiania o jedzeniu, dzielący się kosztami jedzenia spędzają czas przy jedzeniu. A wyniknąć z tego może wiele wspaniałych rzeczy…

Mr. & Mrs. Sandman

Zobacz także: